Jednakże wzięłam sobie do serca słowa M.Arty: No, chyba pora skończyć to chwalenie, bo dostaniemy łatkę "Towarzystwo wzajemnej adoracji"...
Teraz nie masz juz wyjścia, Magdaleno, jak brać się do pracy [...] i postanowiłam pokazać, że oprócz radowania się z efektów cudzej pracy, coś tam też porobiłam ostatnio ;)
A jednak prezentację efektów odwlekałam dość długo.
Zdjęcia, które poniżej zamieszczam, chyba tłumaczą dlaczego. Powstały dwa tygodnie temu. Jednak konieczność uzupełnienia ich fotkami "sprzed" metamorfozy była bolesna i trudna.
Albowiem na zdjęciach-uzupełnieniach jest Kazio.
Kaziu-Kaziuzia-Kaziunia w jednym ze swych ulubionych miejsc, tj. na klawiaturze pianina, które postanowiłam odmienić.
Nie nauczyłam się dotąd dokumentować zmian krok po kroku. Przeróbki to dla mnie nowość, stąd brak przydatnych nawyków. Dlatego też nie mam zdjęć samego pianina; udało mi się utrwalić jego wcześniejszy wygląd jedynie dzięki temu, że Kazio ślicznie na nim leżał...
W jednym z okolicznych sklepów nabyłam drewniane ornamenty i okrągłe listewki. Te ostatnie trzeba było zeszlifować, aby równo przylegały do pianina (tato pomagał).
Ornamenty zresztą też wymagały potraktowania papierem ściernym, bo sami doskonale wiecie, jak surowe są wszystkie produkty tego rodzaju :)
Potem wystarczyło nieco gwózdków bez główek, odrobina vikolu (wypełnił przestrzeń między łączonymi elementami) i mnóstwo akrylu, aby pianino nabrało charakteru i wdzięku.
Najtrudniejsze było malowanie okolic klawiatury; poradziłam sobie, wsuwając w przestrzeń między klawiszami i drewnem kartki od ksero, które zabezpieczyły klawisze przed farbą. Ponieważ jednak nie wyjęłam ich natychmiast po malowaniu, tylko - idiotka - pozwoliłam, by farba wyschła, miałam nie lada problem z ich usunięciem - przylgnęły jak przyklejone!
Na szczęście udało się je z trudem, ale bez przykrych konsekwencji, oderwać.
Widoczny na zdjęciach taborecik-podnóżek i stolik także przeszły metamorfozę. Niestety, nie mam ich fotografii sprzed. Kaziu nie siadał...
Na pianinie piętrzy się sterta rozmaitego badziewia, którym możnaby spokojnie udekorować ze trzy pokoje. Póki co jednak nie mam permisji na bielenie reszty mieszkania (choć wierzę, że ją w końcu uzyskam), toteż skazana jestem na gromadzenie u siebie wszystkich - starych, nowych i odnowionych - pierdółek ;)))
A na zakończenie - jeśli ktoś jeszcze ma wątpliwości w kwestii mego fioła na punkcie Chopina, to teraz je straci:
To naturalnych rozmiarów kopie maski pośmiertnej i odlewu dłoni kompozytora, które udało mi się nabyć w Żelazowej Woli przed laty; w tle po lewej widać autentyczną pocztówkę z początków ubiegłego wieku - jedną z wielu, prezentujących ostatnie chwile Chopina. Udało mi się upolować co ciekawsze egzemplarze na Allegro (i nie tylko), ale póki co brakuje mi miejsca i ramki, aby je wyeksponować.
Poza tym wszechobecny moribunda to dość makabryczna dekoracja mieszkania. Nie sądzicie? ;)



