Pokazywanie postów oznaczonych etykietą przecierki. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą przecierki. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 15 kwietnia 2013

Cudze śmieci - mój skarb

Co dla jednych jest podłogą, dla innych staje się sufitem. 



Co jedni wyrzucają na śmietnik, dla innych bywa cenną zdobyczą.

Abstrahując od symbolicznej granicy, Nałkowska podsumowała zjawisko równie stare, jak sama ludzkość. Stare i jednocześnie niezmienne - powiedzenia są tego dowodem: "Punkt widzenia zależy od punktu siedzenia"; "Nic nie jest takim, jakim się wydaje", i - einsteinowskie - "Wszystko jest względne".
Wszystko jest względne.
Czy jest?

Relatywizm moralny stał się modny w obecnych czasach; dobro przestało być wartością bezwzględną, natomiast nagminnie utożsamiane jest z tym, co dla konkretnego człowieka korzystne. Mentalność Kalego rządzi.
Ale czy może być inaczej w świecie zamożnych i możnych, dla których szary człowiek ma wartość o tyle, o ile da się na nim zarobić? ;)

W świetle tych faktów ja jestem bezwartościowa. Konsument wszak ze mnie mizerny - kupuję głównie śmieci za grosze. Z perspektywy osób majętnych ja to fragment obmierzłego pospólstwa. Tłuszczy bez wrażliwości i stylu, o potrzebach zredukowanych do żarcia ;)
Prawdopodobnie "góra" nawet nie podejrzewa, że tam w dole, wśród trzody chwytającej resztki z pańskiego stołu, są byty, które chcą piękno tworzyć - bo tęsknią za nim okrutnie :)
Albowiem - raz jeszcze cytując Einsteina: Istnieje zbyt duża dysproporcja pomiędzy tym, kim człowiek jest, a tym, za kogo inni go uważają.

Do refleksji na temat względności, granic i zróżnicowanej percepcji skłoniły mnie moje skarby. Czyli cudze śmieci :)
Widzicie m.in. sławetne konsolki, kupione za 2 zeta/sztuka, widzicie gratisowe aniołki-psie kupy, widzicie śliczne ptaszki za złotówkę.

Nie uwieczniłam jednak aniołków, które prezentuję wewnątrz ram po metamorfozie. Zanim zreflektowałam się, że warto te plastikowe kicze uwiecznić, zdrapałam z nich brokat i zdążyłam przemalować kompletnie.
Rzecz jasna paskudztwa te to także gratisy.
Patrząc na nie przypominam sobie powiedzonko mojego profesora: "Uwielbiam aniołki o twarzy idioty". Gwoli wyjaśnienia dodam, że profesor ów to ceniony antropotanatolog, zajmujący się nekropoliami i funeralną kulturą. Stąd jego częste wizyty na cmentarzach i kontemplowanie różnych szpetnych aniołków na grobach ;)

Konsolki po metamorfozie prezentują się tak:

Na konsolkach zaś - Maryja, zrobiona z butelki na święconą wodę; przemalowany markiz i - tylko na moment - Chopinek.

A niżej - znany już kinkiet, ozdabiany wręcz ustawicznie :) W sobotę oderwał mi się od ściany, gdy zakładałam nań sznury kryształków, zmontowanych z korali i drutu. Btw, na większej fotce po lewej widać kopię portretu Chopina pędzla Delacroix. Namalowałam ją wieki temu...

Ptaszki były śliczne od samego początku; a jednak przemalowałam je na biało.Cóż - shabby white zobowiązuje. Tyle że moje shabby jest dyskretne ;) Zbyt ostrożnie traktuję te moje bielone drobiazgi. Będę je sukcesywnie podniszczać.
A może kiedyś zdrapię z nich biel całkowicie? Były wszak śliczne. Kto wie, czy nie ładniejsze, niż teraz.


A wracając do metamorfoz udanych - tymczasowo plastikowe gratisy tkwią w ramkach; być może kiedyś, zamiast nich, w ramach pojawią się lustra. Ale to odległa perspektywa. Póki co mam fioła na punkcie anioła ;) 
W kuchni suszą się też dwa anioły-psie kupy, którym dorobiłam utrącone skrzydła, przemalowałam i przetarłam - ale nie mam pojęcia, gdzie je umieścić... Cóż - trzeba poczekać na przypływ inwencji. Może w weekend coś mi zaświta.


Dobrze foci się, kiedy słońce za oknem. Od razu wszystko nabiera i wymiaru, i blasku. Dziś nie było u mnie wiosny - było.. LATO. 27 stopni w słońcu!
Cudownie!
Czego w najbliższych tygodniach Wam (i sobie też) szczerze życzę.
Wszak wszyscy pragniemy ciepła, światła, pogody.

Nawet jeśli ta ostatnia jest tylko dla bogaczy ;)

p.s. na blogu Brujity pojawiły się smakowite słodkości. Warto się ustawić w kolejce, bo prawdziwa to uczta dla oczu i pokusa dla amatorów truskawek!

piątek, 12 kwietnia 2013

Folklor targowisk oraz wyróżnienia


Targowanie się to integralna część moich sobotnich zakupów. Nie tylko pozwala zbić ceny, ale dostarcza mnóstwa rozrywki osobom handlującym i... mnie :)

Zanim wycwaniłam się w targowaniu, krępowało mnie to okrutnie; proponowanie cen niższych, aniżeli wymagane pierwotnie, powodowało dyskomfort i wstyd. Uważałam, że takie negocjacje sugerują szczupłość mego portfela. Rzecz jasna, im bardziej był szczupły, tym silniej rosła we mnie chęć, by to ukryć ;)

Cóż... zapewne stan ten trwałby nadal w najlepsze, gdyby nie wojaże do krajów arabskich; folklor tamtejszych targowisk wymusza wręcz zbijanie cen. Rezygnując z targowania się, tracimy świetną zabawę.
Chcąc takiej straty uniknąć, spróbowałam raz, drugi i... dałam się wciągnąć na tyle mocno, by szczerze tę praktykę polubić :)

Obecnie negocjowanie cen weszło mi w krew. Jest jak odruch - automatycznie rzucam połowę kwoty, proponowanej przez właściciela kramu. Zwykle kończy się na 65% pierwotnej sumy, ale zdarza się, że płacę tylko połowę. Poza tym lubię handlarzy. A oni chyba lubią mnie - to się czuje. Dlatego żyjemy w symbiozie atrakcyjnej dla obu stron :)
Nader często handlujący sami obniżają ceny - wystarczy, że się nieco zagapię i słysząc podaną kwotę, po prostu ją tępo powtórzę:
- Po ile ma Pan te konsolki?
- Po pięć.
- Po pięć?
- No niech będzie trzy.
- A za obie?
- Za obie to pięć.
- Pięć?
- No to niech będzie cztery.
I w taki sposób, bez najmniejszego wysilania intelektu, staję się szczęśliwą posiadaczką konsolek (które wkrótce - kiedy już znajdę im miejsce - powieszę).

Ale prawdziwym skarbem ostatniej wyprawy okazał się zegar. Zegar - nakręcany, działający bez zarzutu - zakupiony za raptem 6 zeta. Tak wyglądał pierwotnie:

A tak prezentuje się teraz, w sąsiedztwie wcześniejszych zdobyczy z targowiska:


Planuję mu wymienić wskazówki na bardziej stylowe; obym coś wypatrzyła na targu - bo te "odblaski" są raczej paskudne :/

Uwielbiam takie tłuściutkie amorki; ich wałeczki są przerozkoszne ;)
 
Zegar przemalowałam wieczorem, w dniu dokonania zakupu. Nie mogłam się doczekać efektu po pobieleniu. W międzyczasie schły eksperymentalne, robione bez konturówki reliefy na jajach. Z powodu zegara ( i innych targowiskowych pierdółek) straciłam do nich cierpliwość i nie zamierzam ich już cyzelować. Będą takie, jakie są:


A teraz kolejna sprawa - mianowicie przemiły temat wyróżnień :)
Wybaczcie mi proszę zerową aktywność w tygodniu, ale bywam tak wyeksploatowana, że po powrocie do domu brakuje mi energii na bloga. Dlatego zaległości uzupełniam w weekendy :)

A zatem - podwójna nominacja Liebster Award od Agi Walerii oraz od Małgorzaty z Grosikowych Pasji

Dziękuję Wam przeogromnie!
Nominacja do Liebster Award jest otrzymywana od innego blogera za "dobrze wykonaną robotę". Jest przyznawana dla blogerów o mniejszej liczbie obserwatorów, więc daje możliwość ich rozpowszechnienia :)
Po odebraniu nagrody należy odpowiedzieć na 11 pytań otrzymanych od osoby, która Cię nominowała. Następnie Ty nominujesz 11 osób (informujesz ich o tym) oraz zadajesz im 11 pytań.
Nie wolno nominować bloga, który Cię nominował :)

Pora na pytania, przygotowane przez Agę Walerię:
1. Szpilki czy baletki?
Szpilki
2. Kawa czy herbata?
Kawa!
3. Ciastko z kremem czy golonka?
Jedno i drugie mi nie w smak - więc... śledź w occie ;)
4. Słońce czy śnieg?
Słońce.
5. Torebka czy plecak?
Torebka
6. Morze czy góry?
Morze
7. Rower czy samochód?
Samochód :/
8. Sukienka czy spodnie?
Spodnie
9. Dawać czy brać?
Dawać
10. Optymistka czy pesymistka?
Realistka, a zatem pesymistka ;)
11. Miasto czy wieś?
Wieś...

Pytania autorstwa Małgorzaty:

1. Kim chciałaś zostać będąc dzieckiem?
Pianistką
2. Rękodzieło którego nie próbowałaś?
Decoupage
3. Kot czy pies?
Kot
4. Nowe czy stare?
Stare
5. Skowronek czy sowa?
Skowronek, ale najczęściej dwa w jednym ;)
6. Miasto czy wieś?
Wieś
7.Relaksuje mnie...
Szydełkowanie :)
8. Najbardziej mnie wkurza ..
Małostkowość i zawiść
9. Życiowe motto
Każdy cios wroga jest lekcją obrony
10. Książka do której wracam ...
Madame
11. Najważniejsza wartość w moim życiu ...
Rodzina

Z nominowaniem 11 blogerów będę mieć nie lada problem. Po pierwsze dlatego, że nie mam aż tylu znajomych, którzy mieliby znikomą liczbę obserwatorów. Wszyscy to poniekąd celebryci blogosfery :) Zwłaszcza w porównaniu ze mną...
Po drugie dlatego, że wskutek niewielkiej aktywności na blogu, bardzo mało kontaktów zawieram :(
A po trzecie - osoby, które mogłabym wyróżnić, już wyróżnienie dostały.

Dlatego mogę nominować góra dwie-trzy osoby. Niechaj będzie to http://villaringberg.blogspot.com/,
http://catarina-brujita.blogspot.com/
http://magdusiaa.blogspot.it/
http://avrea.blogspot.com/

I moje pytania:
1. Być czy mieć?
2. Książka czy film?
3. Miłosierdzie czy sprawiedliwość?
4. Długość życia czy jakość?
5. Estetyka czy praktyczność?
6. Dostosowanie się do otoczenia czy dopasowanie otoczenia do siebie?
7. Przygoda czy wygoda?
8. Serce czy rozum?
9. Bolesna wiedza czy błoga nieświadomość?
10. Strawa dla ciała czy ducha?
11. Walka czy godzenie się z losem?

Zapraszam do zabawy :) I do zobaczenia wkrótce, gdy ogarnę resztę targowiskowych zdobyczy... Buziak!



piątek, 5 kwietnia 2013

Shabby cheap


Kiedy po raz pierwszy zetknęłam się z estetyką shabby chic, przekonana byłam, że to styl ludzi majętnych, dysponujących solidnym, finansowym zapleczem.
Co więcej, shabby chic wydał mi się manierą zblazowanych bogaczy, którzy to - znudzeni towarami "spod igły" - zagustowali w perfekcyjnie realizowanej iluzji podniszczenia ;)

Oczywiście rychło zweryfikowałam swoją opinię, dochodząc również do wniosku, że owszem - shabby chic jest kosztowny i luksusowy, jednakże jego specyfika i proweniencja sprawiają, że każdy może kreować przestrzeń zgodnie z wytycznymi stylistyki. Rustykalne, sfatygowane graty, pamiętające lepsze czasy; uszkodzone bibeloty z resztkami minionej świetności - to wszystko jest w zasięgu każdego z nas!
Wystarczy nieco wyobraźni, odrobina wysiłku przy buszowaniu w zużytych szpargałach - i można stworzyć własną namiastkę pałacu... za grosze :)

Żeby nie być gołosłowną, przedstawię dziś twarde dowody.
Ponieważ finansowo stoję dokładnie tak, jak większość bezwartościowych na rynku pracy humanistów, nie znajdziecie u mnie markowych wyznaczników statusu - zakupy w snobistycznych salonach zwyczajnie nie wchodzą w grę.
Zamiast nich regularnie odwiedzam targowiska (mając max 10 zeta w portfelu), gdzie handlarze na brudnych kocach gromadzą swój towar z wystawek.
Handlarzy autentycznie uwielbiam :) Bez względu na pogodę, siarczyste mrozy, deszcz, błoto itp., stoją przy swoim dobytku i mają siłę żartować. Generalnie atmosfera dobijania targu jest jedną z atrakcji zakupów.
Ale temu zjawisku poświęcę osobny post :)

Dziś - zapowiedziane w ostatnim poście efekty nocnego malowania. Czyli graty nabyte za grosze, stuningowane odrobiną farby itd..

Na pierwszy ogień poszedł kiczowaty markiz, złote ramy oraz żeliwny i bardzo toporny świecznik z "kuternóżką", który jednak okazał się całkowicie zdrowy na obie nogi :)  Jednakże wśród szpargałów na kocu wyglądał jak inwalida, więc cenę wytargowałam adekwatną dla świecznika-kaleki ;)))

Oto stan (kilku - bo nie wszystkie sfociłam) przedmiotów sprzed metamofrozy:
I po:


Oprócz gratów upolowałam też kilka uszkodzonych naszyjników/korali, dzięki którym mogłam dosztukować kolejne kryształki do kinkietu oraz świeczników. Obecnie wszystkie elementy pochodzą z różnych bajek :) Łączy je zwykły drucik, nawijany na ołówek dla utworzenia kształtnych ogniwek:



Wszystkie widoczne ramki i lustra pochodzą z targowiska. I wszystkie zostały przemalowane z ohydnego złota lub brązu:

Większość to gips, poza wielką prostokątną ramą, która jest po prostu z plastiku:
Lustra upolowałam w Wielką Sobotę; tak, poszłam wówczas na targ - jak większość... nałogowców ;)
Handlowało raptem 5 osób. Po pierwsze - z powodu święta, a po drugie - bo pogoda była fatalna. Jednakże wypatrzyłam te skarby i zdobyłam je za równo 5 zeta :) Większe lustro za trzy, i dwie miniaturki po złotówce za sztukę.
Większe lustro wyglądało podejrzanie - jakby zagrzybione czy cóś... Dlatego napracowałam się solidnie, zanim je doczyściłam. A i malowanie było sporym wyzwaniem, bo - wbrew pozorom - ornamenty ma ono dość płytkie i trzeba było nie lada wysiłku, aby uwypuklić je przecierkami. 

Jak widać, zastosowanie znalazły nawet plastikowe aniołki, w tym jeden kupiony w kwiaciarni, pierwotnie tkwiący na piku.
W efekcie mam teraz "pałace" ;) Patrząc na zdjęcia, za cholerę nie mogę uwierzyć, że to wszystko razem kosztowało dużo mniej, aniżeli jedna rameczka bądź bibelot kupiony w salonie.

Shabby cheap - po prostu!

A to jeszcze nie wszystkie graty, które czekają na metamofrozę. Mam również sporo "gratisów" tj. paskudztw, które dostawałam za friko przy kupnie innego przedmiotu. M.in. mam dwa aniołki bez skrzydeł, które obecnie wyglądają jak... stara psia kupa. Serio!  
Kiedy je ogarnę, pokażę stan sprzed i po. Tymczasem pozdrawiam serdecznie, z utęsknieniem wyglądając wiosny...
M.       

wtorek, 19 marca 2013

Shabby chic

Nareszcie mogę pokazać drobiazgi, nawiązujące do stylu, który tak bardzo mnie urzekł. Dzięki aparatowi od M.Arty zdjęcia są wyraziste, a detale przestały być mglistą plamą!
Dlatego to Jej pragnę zadedytkować ten post i fotografie :)
To wszystko (i nie tylko to), jest wyłącznie Twoją zasługą, M.Arto!

Wszystkie rzeczy, które zaprezentuję poniżej, zostały przeze mnie przemalowane, przetarte i postarzone. Żaden z przedmiotów nie wyglądał pierwotnie tak, jak się prezentuje obecnie.
Ale z tego powodu ja mam ręce jak górnik :/ To efekt ustawicznego babrania się w farbach. A ponieważ nie potrafię pracować w rękawiczkach, mój naskórek oraz paznokcie wołają o pomstę do nieba ;) To nie są dłonie damy! Scarlett, zbierająca bawełnę, z pewnością miała bielsze paluszki...
Widoczny na pierwszym planie świecznik oraz znajdujące się za nim rama i posążek, zostały przemalowane, o tak :) Świecznik i ramka były pierwotnie złote (świecznik mosiężny), natomiast posążek damy był śnieżnobiały. Przecierki uskuteczniam znaną Wam wszystkim metodą, a wykończenie polega na wodzeniu drewnianym uchwytem pędzla, zanurzonym w ciemnej farbie, po wystających ornamentach. Daje to ładny efekt odprysków bez konieczności intensywnego tarcia papierem ściernym.
Gipsowe posążki inaczej chłoną farbę, niż metal czy masa, z której wykonane są znane Wam, złocone ramki. Dlatego zawsze jest element loterii :) Np. ten aniołek został potraktowany identyczną mieszanką, co biuścik, ale efekt wyszedł zgoła odmienny. Mnie osobiście spodobała się ta niespodzianka :)
Aniołka wypatrzyłam w sklepie typu: "Wszystko po 4 złote". Weszłam tam, by kupić tekturowe pudełka, jednakże między futrzanymi penisami i piersiastym kubkiem - stał on. Nie mogłam go tam zostawić :) Trafił więc do mnie i pod mój pędzel.
Poniżej są trzy różne materiały powlekane farbą: stojak na biżuterię z Pepco (przemalowany), świecznik-kolumna wypatrzona na targowisku, przemalowana z ohydnego złota na biało i ballerina - pierwotnie porcelanowa ze złoconym gorsem. Przerobiłam ją na gipsowego starocia. Shabby chic fashion victime ;)

Ciekawa jestem: anioł to czy kupidyn? ;)

Namnożyło się u mnie skrzydlatych golasków, oj namnożyło :) A wszystko za sprawą sobotnich targowisk, które autentycznie kocham! Można tam za dosłowne grosze zakupić urocze dekoracje. Większość wymaga nieco wysiłku i starań, by można je eksponować - ale warto w nie zainwestować.
Jak widzicie, uwielbiam ten świecznik i chętnie go eksponuję. Gdyby nie targowisko, byłby brudnożółty, żeliwny i straszył ;) Jest pamiątką z mojej pierwszej wizyty na targu.



Maryja też byłaby caaałkiem inna :)
Uh, zmęczyło mnie to wrzucanie fotografii na Imageshack; zatem ciąg dalszy wkrótce. Prócz salonowych drobiazgów mam przecież słoiczki, osłonki itd..

środa, 30 stycznia 2013

Dla odmiany - coś świeżego :)

Tak życzliwie komentujecie moje "dziewicze" poczynania przy poprawianiu urody meblom, że najwyraźniej uzależniłam się od Waszych wizyt i komplementów ;)
Mają one na mnie zdecydowanie korzystny wpływ.
Dowód?
Dziś totalnie przezwyciężyłam apatię i postanowiłam zrobić coś, czego nigdy wcześniej nie robiłam!

Cóż - biorąc pod uwagę fakt, że wszystko, co ostatnio robię, robię po raz pierwszy, niczym Was nie zaskakuję ;)

Jednakże tym razem nie chodzi ani o meble, ani o przemalowywanie drobiazgów.
Tym razem zrobiłam coś impulsywnie i całkowicie od zera. Z tego, co miałam pod ręką - czyli z bezużytecznych śmieci, których wcześniej nie wyrzuciłam tylko dlatego, że niczego nie lubię wyrzucać.

Znacie ten ból, gdy kilka dni po podjętej (no wreszcie!) decyzji o pozbyciu się jakiegoś badziewia okazuje się, że bardzo by się Wam do czegoś przydało?
U mnie to standard. Dlatego nie wyrzucam niczego, nie mając 100% pewności, że nadaje się tylko do kosza.

Ale wracając do tematu - postanowiłam dziś zrobić wianek.
Prześliczne wianki widzę na wielu blogach; w stylowych wnętrzach są elementem wręcz obowiązkowym. Nic więc dziwnego, że i mnie się zamarzył wianuszek...

Drugą z przyczyn, dla których wizja wianka zaczęła mnie wręcz prześladować, był... płot, opleciony nieidentyfikowalnym o tej porze roku pnączem.
Płot ten mijam od lat (zawsze, gdy odwiedzam rodziców) ale dopiero niedawno wzbudził me zainteresowanie. Długie, dość grube witki porastającego go pnącza wydały mi się obiecującą bazą pod wianek, toteż wsadziłam dziś do torby nożyczki i nacięłam sobie średnie naręcze.
Tak na próbę.
Bo nawet nie wiedziałam czy gałązki będą elastyczne, czy kruche.
Okazały się takie sobie.
Mróz, śnieg, zimny wiatr oraz słota wyraźnie nadwyrężyły ich strukturę, niemniej coś z nich zdołałam ukręcić.
Pokazuję, prosząc o wyrozumiałość - pamiętajcie, ze to mój pierwszy raz! ;)


Wianek jest całkiem spory, bo mam słabość do dużych rozmiarów ;) Ale przy okazji ukręciłam też maleńki wianeczek z resztek, które zostały po produkcji tego pierwszego:


Różyczki zrobiłam ze śmiecia - tj. bezużytecznego surowca, który leżał na dnie szafy co najmniej 10 lat.
Nie potrafię orzec, cóż to za materiał - przypomina gęsty szyfon, ale ma bardziej plastikową strukturę. Być może właśnie dlatego daje się kapitalnie formować nad płomieniem świeczki. Jego drugą, przypadkowo odkrytą zaletą jest możliwość barwienia zwykłą plakatówką. Wystarczy wetrzeć odrobinę farbki w mokry kwiat, nieco go wymiętosić, a następnie osuszyć papierowym ręcznikiem, aby uzyskać subtelny kolor.

Jak widać, mój pokój jest tak przeładowany, że dla wianków zwyczajnie brak miejsca. Nawet chwilowa ekspozycja - tj. taka, aby cyknąć fotki - stanowi nie lada wyzwanie...
Anioła kupiłam parę lat temu, w Netto, tuż przed Bożym Narodzeniem. Był kolorową figurką z tworzywa, przypominającego plastik. Miał złote włosy i skrzydła, i wyciągałam go z pudła jedynie przy okazji Świąt.
W tym roku postanowiłam go przemalować, przetrzeć i prezentować nieco częściej ;)

Duży wianek miał podzielić los wielu rzeczy, które zrobiłam tylko po to, aby je wrzucić pod szafę (ewentualnie na). Na szczęście mama - która odwiedziła mnie dziś po południu - znalazła dlań idealne miejsce: w przedpokoju, gdzie będzie kapitalnie współgrał z kolorystyką drzwi.
W związku z tym potrzebuję wiertarki (i taty), bo ściana, na której zawiśnie, to beton...

Tak sobie patrzę teraz na fotki i dochodze do wniosku, że... nie bardzo jest się czym chwalić. Wyraźnie dałam się ponieść fali entuzjazmu robienia czegoś po raz pierwszy...
Lecz w sumie fajnie było :) Najbardziej praco- i czasochłonne okazało się produkowanie różyczek i wstążek - czyli formowanie materiału nad świeczką. Wsiąkłam na parę godzin.

Nie wiem jak Was, ale mnie takie dziubanie wycisza i uspokaja. Lubię prace, wymagające skupienia i cierpliwości. Pewnie więc jeszcze popełnię jakieś kwiatki i wianki - dla samej tylko przyjemności robienia czegoś, czego robić nie muszę :)


wtorek, 29 stycznia 2013

Zaległych prezentacji ciąg dalszy

Pianino było wyzwaniem - nie przeczę.
Ale prawdziwą mordownię zafundował mi kredens. Ciężki, przeładowany zdobieniami z różnych (kłócących się ze sobą) bajek "gargamel", który u mnie pełni funkcję biblioteczki i szafy na ciuchy ;)
Przyznaję, szczerze nie znoszę tego typu estetyki, więc kiedy postanowiłam bielić mój świat, kredens poszedł na pierwszy ogień - mimo sugestii taty, by zacząć od czegoś mniejszego, na wypadek, gdyby efekt okazał się nieszczególny.

Paradoksalnie, ten argument jeszcze bardziej zachęcił mnie, by rozpocząć właśnie od kredensu. Bo, cokolwiek by się nie stało, brzydszy niż był - już być nie mógł :)


Zanim potraktowałam go papierem ściernym, wywaliłam (rękami taty) zbędne ornamenty (listewki, "różańce" i obrzydliwe nakładki na szybkach) oraz zaszpachlowałam (własnoręcznie) nacięcia.
Ich regularny półokrągły kształt udało mi się uzyskać dzięki wymyślonemu spontanicznie narzędziu - mianowicie: z plastikowego wiaderka po białym serze wycięłam coś w rodzaju szerokiej szpatułki. Plastik był na tyle twardy, by nie odkształcać się pod naciskiem, i na tyle giętki, by można było korygować łuk podczas formowania akrylu bez ryzyka, że pęknie mi w dłoni.
Rzecz jasna, wcale to nie szło tak łatwo; szpachlowanie zajęło mi tydzień; codziennie też korygowałam papierem ściernym wszystko, co nałożyłam dzień wcześniej. Szpachla schła wolno, a grubszych warstw nie można było nakładać.
Ale cierpliwie, dzień po dniu, szpachlowałam-ścierałam, szpachlowałam-ścierałam. Bardzo zależało mi na uzyskaniu takiego efektu, by nikt nie zorientował się, że moja ręka ingerowała w kształt mebla.
Czy mi się udało? Oceńcie sami:


"Różańce", zdejmowane pieczołowicie przez tatę, także znalazły zastosowanie. Wypełniłam nimi ramki, znalezione na babcinym strychu podczas poszukiwania Maryi. W ramkach miały się znaleźć XIX-wieczne litografie, które kupiłam jeszcze podczas pisania rozprawy (dotyczącej związków literatury oraz muzyki), aby zilustrować nimi swą pracę. Jedna z grafik (po lewej stronie) przedstawia Wertera i Lottę wg Wilhelma von Kaulbach, który namalował był również fenomenalny portret Franciszka Liszta.
Niestety, okazało się, że ramki - idealne na wysokość, są zdecydowanie zbyt szerokie dla grafik, które wyglądały w nich nieszczególnie. Dlatego postanowiłam zakamuflować niedopasowanie, doklejając do ramek niegdyś kredensowe "różańce":


Powyższe zdjęcie powstało jeszcze za życia Kazia; oprócz obrazków widać na nim pierwsze różyczki z obiciówki oraz... "shabby gun", czyli przemalowaną przez mnie w chwili totalnej głupawki giwerę ;)  (zawsze czyszczę pędzle na tym, co mi wpadnie pod rękę).
Znajomy, który wcześniej ją lubił, przyjął tę przemianę z rozpaczą, tymczasem ja miałam ubaw... bo teraz to "kobieca" giwera ;)))

p.s. staram się na bieżąco odpowiadać na Wasze wpisy. Bardzo je cenię i żaden nie przechodzi niezauważony. Jeśli jednak czasami mam poślizg, to tylko wskutek siły wyższej lub niedostatku czasu. Przepraszam i proszę o cierpliwość :)


poniedziałek, 28 stycznia 2013

Zaległe prezentacje

W pierwszej kolejności pragnę podziękować wszystkim Gościom i Obserwatorom, którzy przyjęli mnie tak życzliwie :) Dziękuję też Brujicie za nieoczekiwane wyróżnienie. To wszystko ogromnie mnie cieszy!

Jednakże wzięłam sobie do serca słowa M.Arty: No, chyba pora skończyć to chwalenie, bo dostaniemy łatkę "Towarzystwo wzajemnej adoracji"...
Teraz nie masz juz wyjścia, Magdaleno, jak brać się do pracy [...]
i postanowiłam pokazać, że oprócz radowania się z efektów cudzej pracy, coś tam też porobiłam ostatnio ;)

A jednak prezentację efektów odwlekałam dość długo.

Zdjęcia, które poniżej zamieszczam, chyba tłumaczą dlaczego. Powstały dwa tygodnie temu. Jednak konieczność uzupełnienia ich fotkami "sprzed" metamorfozy była bolesna i trudna.
Albowiem na zdjęciach-uzupełnieniach jest Kazio.
Kaziu-Kaziuzia-Kaziunia w jednym ze swych ulubionych miejsc, tj. na klawiaturze pianina, które postanowiłam odmienić.
Nie nauczyłam się dotąd dokumentować zmian krok po kroku. Przeróbki to dla mnie nowość, stąd brak przydatnych nawyków. Dlatego też nie mam zdjęć samego pianina; udało mi się utrwalić jego wcześniejszy wygląd jedynie dzięki temu, że Kazio ślicznie na nim leżał...


Jak widać, instrument był prostą bryłą bez cienia pretensji do najmniejszej choćby ozdobności. Dlatego zdecydowałam się go upiększyć.
W jednym z okolicznych sklepów nabyłam drewniane ornamenty i okrągłe listewki. Te ostatnie trzeba było zeszlifować, aby równo przylegały do pianina (tato pomagał).
Ornamenty zresztą też wymagały potraktowania papierem ściernym, bo sami doskonale wiecie, jak surowe są wszystkie produkty tego rodzaju :)
Potem wystarczyło nieco gwózdków bez główek, odrobina vikolu (wypełnił przestrzeń między łączonymi elementami) i mnóstwo akrylu, aby pianino nabrało charakteru i wdzięku.

Najtrudniejsze było malowanie okolic klawiatury; poradziłam sobie, wsuwając w przestrzeń między klawiszami i drewnem kartki od ksero, które zabezpieczyły klawisze przed farbą. Ponieważ jednak nie wyjęłam ich natychmiast po malowaniu, tylko - idiotka - pozwoliłam, by farba wyschła, miałam nie lada problem z ich usunięciem - przylgnęły jak przyklejone!
Na szczęście udało się je z trudem, ale bez przykrych konsekwencji, oderwać.

Widoczny na zdjęciach taborecik-podnóżek i stolik także przeszły metamorfozę. Niestety, nie mam ich fotografii sprzed. Kaziu nie siadał...


Na pianinie piętrzy się sterta rozmaitego badziewia, którym możnaby spokojnie udekorować ze trzy pokoje. Póki co jednak nie mam permisji na bielenie reszty mieszkania (choć wierzę, że ją w końcu uzyskam), toteż skazana jestem na gromadzenie u siebie wszystkich - starych, nowych i odnowionych - pierdółek ;)))


Chciałabym kiedyś mieć przestrzeń, w której pozwoliłabym im odetchnąć, zamiast komasować w tym ścisku... Cenię prostotę, lecz realia narzucają obfitość :/

A na zakończenie - jeśli ktoś jeszcze ma wątpliwości w kwestii mego fioła na punkcie Chopina, to teraz je straci:

To naturalnych rozmiarów kopie maski pośmiertnej i odlewu dłoni kompozytora, które udało mi się nabyć w Żelazowej Woli przed laty; w tle po lewej widać autentyczną pocztówkę z początków ubiegłego wieku - jedną z wielu, prezentujących ostatnie chwile Chopina. Udało mi się upolować co ciekawsze egzemplarze na Allegro (i nie tylko), ale póki co brakuje mi miejsca i ramki, aby je wyeksponować.
Poza tym wszechobecny moribunda to dość makabryczna dekoracja mieszkania. Nie sądzicie? ;)