poniedziałek, 14 stycznia 2013

Żałosnego użalania - ciąg dalszy

Niefortunnie zaczęła się ta moja przygoda z metamorfozą pokoju... Z perspektywy ostatnich wydarzeń ręka, złamana na początku remontu, wydaje się mało istotnym szczegółem. Szczerze mówiąc, wolałabym złamać obie ręce albo rękę i nogę, byleby tylko mój kotek wciąż żył...
Dom bez kota jest tylko mieszkaniem. Głuchym i zimnym. Dlatego przygarnięcie jakiejś miauczącej bidy to kwestia czasu. Póki co jednak, muszę nieco odczekać; nie chcę cieszyć się nowym kotkiem, wciąż wszędzie widząc Kazia, który był ze mną 10 lat. To zobowiązuje.
Ech...
Zanim Kazio odszedł, miałam mnóstwo pomysłów i energii, by działać. Faktem jest, że to tutejsza Blogosfera i wspaniałe, kreatywne Blogerki zainspirowały mnie tak skutecznie.
Dlatego też, wiedziona przykładem osób, nadających nowe życie na pozór brzydkim i bezużytecznym przedmiotom, kombinowałam, jak podrasować mosiężny kinkiet (który parę lat temu wylądował w piwnicy) i przerobić go w stylu shabby chic. Zastanawiałam się nad wykończeniem gałek do kredensu; planowałam wykonać parę ocieplających pokój zawieszek z materiału i papierowej wikliny...
Perspektywa upiększania przestrzeni działała mobilizująco.

I wszystko to trafił szlag.
Fakt, co planowałam zrobić - zrobiłam. Ale radości z tego żadnej. Ot, obojętne odhaczanie kolejnych punktów na liście. Bez satysfakcji, bez entuzjazmu.

Szczerze mówiąc, nawet cieszyć się boję, jakby za każdą radość trzeba było zapłacić cierpieniem, zachowując constans...
Heh, być może jestem pesymistką, być może to bezsensowny fatalizm, ale jak go uniknąć, skoro widać prawidłowość w nieszczęsciach?
Gdy moja Mama przeprowadzała wymarzony, wyczekany remont - zmarła jej matka, a moja ukochana Babcia. Pod wrażeniem efektów tego feralnego remontu, ciocia również zdecydowała się odremontować mieszkanie i... zmarła na zawał rok temu. Nie zdążyła się nawet nacieszyć...
Kiedy ja radowałam się na myśl o odnowieniu pokoju - odszedł mój kotek.

Dlatego nie chcę już ŻADNYCH remontów! Jeśli zmiany - to metodą drobnych kroczków, sukcesywnie, stopniowo. Owszem - nie będzie to spektakularna, upragniona metamorfoza natychmiast, ale może dzięki temu obędzie się bez przykrości i strat...

A zatem - kinkiet.
Wisiało to kiedyś w domu, ale przestało się podobać, więc znikło. Na szczęście zamiast trafić na śmietnik, wylądowało w piwnicy. Przyniosłam więc toto, umyłam, zrobiłam nowe osłonki na wkręty żarówek (tektura + modelinowe "zacieki"), pomalowałam akrylem, doczepiłam kryształki, wsadziłam plastikowego anioła - i voila! Przy okazji dwa nadliczbowe kryształki i anioł (znaleziony przypadkiem w ozdobach choinkowych) dostały się prezentowanemu już wcześniej, świecznikowi za grosze.

Obok świecznika leży zawieszka-serce, z pierwszym transferem nitro na materiale, jaki w ramach testu zrobiłam.
Drugi pierwszy transfer (vicolem) to 10 gałek do kredensu. Motyw zainspirowany napoleońskim monogramem z czasów cesarstwa. Potwornie pretensjonalny - ale co mi tam :) Mam swój monogram z koroną. Zawsze mogę zeszlifować i zmienić...


Z lampki (rzecz jasna także przemalowanej) zwisa zawieszka z obiciówki.
Generalnie nie potrafię szyć i nigdy wcześniej nie trzymałam igły w innych celach, niż przyszywanie guzika albo dziury pod pachą ;) Teraz próbuję oswoić się z tym wymagającym narzędziem...
Przy okazji tapicerowania popełniłam parę zawieszek z materiału; strzępi się to dziadostwo, ale wszystkie długie nitki, wyłażące bezczelnie także zużytkowałam: obrębiłam Chopinka i zawieszki, i zrobiłam z nich sznureczki.
Nic się nie może zmarnować :)

Mniejsze ścinki posłużą do wykonania różyczek. Próbowałam łączyć wycięte krążki, ale nie zdało to egzaminu, więc muszę szyć kwiatki metodą: płatek po płatku. Zawijając brzegi, aby się nie strzępiły.
Zapewne jest bardziej ekonomiczny i ergonomiczny sposób, ale ja go nie znam, więc po prostu zszywam pojedyńcze płatki, a później je składam w różyczkę.
Jak w końcu ogarnę te siedziska i wyrko, uszyję te planowane poduszki, to może będą się nadawały do sfocenia i prezentacji... Ale trzeba poczekać.
Tym  bardziej, że trwam w apatii i nijak nie potrafię z niej wyjść... Wszędzie prowizorka; ramki zamiast na ścianach - na półkach; zawieszki z wikliny niewykończone - po prostu leżą obok pustych pudełek. Nawet Maryja, odnaleziona na babcinym strychu (w kawałkach), nie ocaliła mi Kazia...
                 
Ale cóż, kotek miał chore serce i trzeba Bogu dziękować, że przeżył - radosny i pełen życia - aż 10 cudownych lat... Kot znajomego zmarł na identyczną chorobę po niespełna dwóch latach życia.
Dlatego tym goręcej dziękuję wszystkim, którzy pocieszyli mnie po śmierci Kaziczka. Zwłaszcza M.Arcie i Furii. Wysoko cenię sobie każde życzliwe słowo i serdeczny gest ze strony osób, które robią to bezinteresownie.
Dziękuję :) Wasza serdeczność działa krzepiąco. Pomaga.

A na zakończenie - parę żenujących prób szycia i dłubania. Pierota kupiłam przed laty; miał na sobie okropne wdzianko z błyszczącej, sztucznej materii w kolorze granatu i złota. Rozebrałam go i przyodziałam w ubranko z bezrękawnika, który latem rozdarłam na plecach.

A koty... Póki miałam żywego, nie produkowałam żadnych. Teraz zrobiłam dwa. Zero inwencji - ot, plagiat drewnianych kotów, jakich wszędzie pełno. Ale te są wydłubane i pomalowane przeze mnie. Z pupkami w górze, ogonami wysoko. Uśmiechnięte :)
(Kiedyś zrobię im fajny zegar z płyty MDF, bo tego strach pokazywać na blogu, zwłaszcza że wiem, jakie Wy macie zegary  ;))

Pozdrawiam Was ciepło...






9 komentarzy:

  1. Troche przeszkadza mi to,ze nie wiem,jak Ci na imię...
    Przytulałam Cie w komentarzu pod moim postem,;zawirowanie zdarzeń ostatnich dni sprawiło,ze na moment zapomniałam o tym,ze tak bardzo cierpisz...
    Nie , nie zapomniałam, na chwilę zajęłam się Julią i Janeczkiem.CHCIAŁAM, ale cóz z tego,ze chciałam Cię pocieszyć, skoro tego NIE ZROBIŁAM...
    Jest mi bardzo przykro z powodu utraty przez Ciebie przyjaciela, członka rodziny...
    Bi kimże był Twój ukochany KOT, jak nie PRZYJACIELEM I CZŁONKIEM RODZINY.
    Przytulam mocno:))
    M.Arta

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Masz całkowitą rację, M.Arto... Kot to przyjaciel, członek rodziny, ukochana istotka.

      Dziękuję Ci za przytulanie na Lnianym Zaułku i za ten serdeczny wpis u mnie.
      Doskonale rozumiem, że Julia i Janeczek mają priorytet i przede wszystkim im należy się Twoja uwaga i troska, a nie obcym blogerkom, opłakującym kotka :) Dlatego tym bardziej doceniam i dziękuję za Twe zrozumienie i słowa pociechy z Twej strony.
      A na imię mam Magdalena :)

      Usuń
    2. Obca blogerka?
      Jak może być obcy ktoś, kogo się co prawda nie widziało,ale i tak się Go LUBI!!!

      Usuń
    3. Ojej, nie wiem M.Arto, czym zaskarbiłam sobie Twoją sympatię, skoro znamy się tak słabo :)
      Tzn. ja Ciebie znam lepiej, bo - jak już wspomniałam - od pewnego czasu regularnie odwiedzam Twojego bloga, podziwiam Twoją pracę i zdążyłam, na podstawie Twych postów, poznać Ciebie jako wyjątkowego, wrażliwego i dobrego człowieka.
      Natomiast ja... cóż. Szczerze mówiąc, to głupio mi nawet pokazywać zdjęcia, bo nie zdążylam nic stworzyć, nic wypracować, nic osiągnąć. Tzn. nic takiego, co byłoby godne prezentacji w kontekście Twoich chociażby osiągnięć.

      No ale - fakt faktem - jak przeczytałam, że mnie lubisz, to ciepło mi się zrobiło na sercu :) Anielska Duszka z Ciebie :*

      Usuń
    4. Nie zawsze jest tak,ze poznajemy zmysłem wzroku, czasem dostajemy DAR poznawania w całkiem inny sposób...
      Czy go posiadam?
      Wydaje mi się,że TAK...
      Trudno wiec odpowiedzieć na Twoje pytanie"czym zaskarbiłaś "juz po Twoich pierwszych słowach wiedziałam,ze Cię polubię, chyba że będziesz chciała to zmienić...

      Usuń
    5. Zmienić?
      Za nic w świecie! :) Wręcz przeciwnie - teraz tym bardziej mi zależy, aby pozytywnego wrażenia nie popsuć :)

      Spontaniczna sympatia jest zbyt cenna i rzadka, by bagatelizować ją albo niszczyć głupotą czy małostkowością...
      Aczkolwiek nie wykluczam ryzyka, że możesz stracić do mnie cierpliwość z powodu nieznośnej egzaltacji, w jaką zdarza mi się wpadać, niestety ;)))

      Usuń
    6. No to witaj w domu- MAM TAK SAMO!
      Tez zdarza mi się w takową wpadać...

      Usuń
  2. Jako mala dziewczynka tez stracilam swojego rudego przyjaciela niestety zachorowal i umarlna moich kolanach wtulony glowka do mnie... pamietam jak dzis jego piekne oczka... jego zapach i mieciutkie futerko... zawsze byl przy mnie gdy bylo mi zle...

    jestem z \toba i tule cie mocno

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję Ci, miła Marwiol i za wizytę na moim blogu, i za Twój wzruszający komentarz. Dokładnie to samo czuję, gdy pomyślę o Kaziu...
      Trzymaj się ciepło :) Pozdrawiam

      Usuń